Witaj nieznajomy!
Zaloguj | Pomoc


Historia krainy Galimoru

Słońce wschodziło już, gdy samotny wędrowiec dotarł pod drzwi biblioteki. Wysoka, samotna wieża, górowała nad równiną, którą przybysz miał za plecami. Po całej nocy marszu podróżnik postanowił odsapnąć i zasiadł na schodach. Niedługa była jego drzemka, gdyż mróz łamał w kościach i gryzł w nos i policzki pomimo wiosny już radośnie się zbliżającej. Mąż owinął się szczelniej szarym płaszczem i pchnąwszy odrzwia, wszedł prędko do ciemnych wnętrz Biblioteki Endeina. Endein był starym kronikarzem, znającym wiele, jeśli nie wszystkie, historie aż od powstania sklepień niebieskich. Nikt nie wie skąd, lecz potwierdzała to jego biblioteka, cała zastawiona księgami. Jego ręką każda zapisana, każdy pergamin, zwój i zeszyt, a tych były tysiące. Starzec nie żył od jakiegoś czasu, zmarłszy ponoć ze starości, choć niektórzy mawiają coś o zabójstwie. Mężczyzna zaśmiał się dyskretnie, myśląc o starym elfie, gdyż mędrzec liczył sobie kilka tysięcy lat według powszechnej wiedzy, a już za drzwiami widać było pierwsze oznaki braku talentu ni chęci sprzątania.

- Psia mać z tymi elfami! - zaklął pod nosem potykając się o stertę ksiąg na podłodze.

Rulony, pergaminy, zwoje, księgi i zeszyty walały się tam wszędzie.

- Lonarze, gdzieś ty się wpakował?! - rzekł do siebie mężczyzna wkraczając do niewielkiego pomieszczenia za drzwiami.

Wszędzie panował półmrok, rozjaśniany jedynie nikłym blaskiem dopiero, co wschodzącego słońca. Zimny przeciąg mroził skórę na członkach podróżnika i dreszczem zniechęcał do dalszej wędrówki. Pomimo chłodu, Lonar odnalazł schody i ruszył nimi w górę. Stopnie z zimnego kamienia, oblodzone i nieubłagane, zdawały się sięgać niebios. Po długiej i uciążliwej wspinaczce w końcu dotarł na szczyt i zobaczył tam jedyne tylko drzwi. Stanął naprzeciw drewnianych, dwuskrzydłowych wrót, zdobionych liściastymi ornamentami. Na środku było wyryte srebrnymi znakami w języku elfów, krasnoludów, ludzi i jeszcze jakimś, którego Lonar nie znał: "Komnata Kronik". Uśmiechnął się znajdując to, czego szukał. Pchnął drzwi. Skrzypienie zardzewiałych zawiasów rozniosło się po całej wieży. W komnacie panował półmrok, a regały wyglądały niczym ściany labiryntu. Mężczyzna przecisnął się wąskim przejściem, ocierając się o grube, zakurzone księgi. Na końcu przejścia napotkał w końcu wolną przestrzeń. Był w samym środku biblioteki. Kolisty środek otaczały rozchodzące się promieniście ścieżki, wyznaczane poprzez szczeliny między regałami, wysokimi na pięć łokci, co najmniej. Rozległa izba była znacznie większa niźli by na to pozwalały mury, widać było to na pierwszy rzut oka. Poustawiane wszędzie regały i kredensy zajmowały niemal całą przestrzeń biblioteki. Na półkach nie było wolnego miejsca na ani jedno nowe dzieło. Na skraju kręgu wolnego od regałów, pod jednym z nich, znajdował się podest, a na nim stół i fotel. Na owym leżała starannie złożona, czerwona tunika, a na stole pojemniczek z inkaustem oraz kilka piór. Sterta czystych pergaminów leżała na krawędzi stołu. Komnata Kronik była również nienaturalnie wysoka. Ponad ogromnymi regałami, widać było jeszcze szeregi okien z witrażami, które to wpuszczały kolorowe światło do wnętrza. Na sklepieniu, ponad oknami, były malowidła przedstawiające jakieś wielkie postacie, kroczące po jałowej ziemi. Wyglądem przypominali ludzi, ale byli więksi od drzew. Pośród nich była jedna tylko kobieta. Jeden z osobników wyglądał jakby lepił góry z gliny, a jedyna pośród nich niewiasta rysując w powietrzu palcem stwarzała zwierzęta. Trzeci jednym splunięciem wylewał morze, a uderzeniem w skałę tworzył źródła potoków i rzek. Wszyscy oni mieli uśmiech na twarzach. Był tam jeszcze jeden, jakby z tyłu, skryty w cieniu i z pogardą patrzący na innych. Lonar zasiadł wygodnie w fotelu, a chmura kurzu z owego uniosła się wysoko, wiercąc w nosie i dusząc w gardle. Na blacie stołu nie było żadnej księgi, jedynie kupka czystych pergaminów. Podróżnik wstał i powoli rozejrzał się po bibliotece. Ciemny labirynt półek nie zachęcał do wędrowania miedzy nimi, a pajęczyny i kurz dusiły w gardle na sam widok.

- Ciemno tu dość – rzekł do siebie. - Przydałoby się trochę światła.

I rozjaśniła się komnata nagle na te słowa. Niewiadomo skąd bijące światło rozjaśniało każdy niemal kąt. Pajęczyny oraz połacie kurzu zniknęły jak na zawołanie, a gdzie przybysz nie spojrzał, ścieżki zdawały się szersze i przestronniejsze, jakby zapraszały, aby się w nie zagłębić.

- No tak - westchnął. - Sam by sobie bez magii nie poradził. Na dole też mógłby tak posprzątać...

Raźno ruszył pomiędzy regały szukając czegoś. Sam nie wiedział czego na razie. Miał cel, ale teraz chciał znaleźć coś ze zwykłej ciekawości. Długie korytarze kręciły się dookoła wieży. Idąc tak i błądząc ciągle w labiryncie, zrezygnował w końcu i wyciągnął na oślep rękę po pierwszą lepszą księgę. Była gruba i oprawiona w stare skóry. Napis na okładce był już zatarty i nieczytelny. Lonar wziął księgę pod pachę i odwrócił się. Ruszył między regały, myśląc, jaką drogą ma wrócić w tym labiryncie. Minął pierwszy zakręt i zatrzymał się zdumiony. Stał ponownie w środku sali, tuż obok stolika. Obróciwszy się, zmiarkował, że to znowu jakaś magia i spokojnie zasiadł w fotelu, gnąc szatę na nim leżącą. Lonar otworzył księgę na pierwszej stronie i odczytał...


Powstanie Świata


Lonar odchrząknął i soczyście splunął na podłogę. Raz jeszcze przyjrzał się tytułowi i ze zdziwioną miną zagłębił się w głośnym czytaniu lektury.

Na początku była myśl. Z myśli narodziło się pierwsze słowo, ze słowa zaś materia. Myśl ta zrodziła się w umyśle Pierwszego. W jednej chwili powstała pierwsza przestrzeń gdzie to On, jako jedyny panował. Jako iż czuł samotność, z kolejnych myśli i uczuć powstały Jego dzieci, Doromowie. Było ich wielu, a każdy z nich inny, bo każdy zawierał w sobie inną cząstkę Pierwszego. Nazywali Go Ojcem, bo On dał im życie. Już za to byli mu wdzięczni i radośni z tego powodu. Oni byli stworzeni z wszelkich uczuć Pierwszego i wszyscy razem składali się na niego. Byli oni jego częścią żywą. Każdy z Doromów przedstawiał inne uczucia. Jeden był uosobieniem waleczności, drugi spokoju, trzeci radości, a czwarty nienawiści. Mimo iż jedno lub dwa uczucia dominowały w każdym z nich, posiadali po trochę ze wszystkich. Każdy się różnił, lecz nie było miedzy nimi niezgody. Pomimo jednak wszystko, Ojciec czuł się źle. Otaczające go jego dzieci nie dawały mu tej radości gdyż same nie mogły nic uczynić w pustej przestrzeni. Więc Ojciec podarował im talenty. Każdy dostał inny, odpowiedni do swego ducha. Dał im również moc tworzenia myślą, jaką i On posiadał, lecz każda ta myśl Jego dzieci była mu podległa i to On panował nad nimi. Pozwolił im również czynić wszystko według własnej ich myśli, by nie czuli się zniewoleni i nie byli jak lalki bez duszy. Doromowie uradowali się wielce i do dzieła się wzięli. Jeden począł rozlewać wody bezkresne, inny lepił ziemię i góry, jeszcze inny stworzył metale wszelakie i kuł stal, a kolejnyu malarstwem się zajmował na stworzonych przez siebie przedmiotach i malował to, co widział w swym umyśle, swe marzenia i pragnienie. Dzieło to zobaczył Ojciec i bardzo się uradował je widząc.

Iiiik.... ik ik ik... - rozległ się pisk nieopodal czytającego. Mężczyzna oderwał się na moment od księgi i spojrzał na biegającą między regałami mysz.

- A ponoć elfy to takie higieniczne stworzenia. To paskudztwo powinno było zniknąć razem z kurzem i pajęczynami - zaśmiał się i wrócił do czytania.

Obraz zaś przedstawiał kwieciste łąki i błękitne morza, wysokie góry i nieskończone kaniony. Ukazał to marzenie wszystkim swym dzieciom i pochwalił artystę owego dzieła. Ojciec rzekł, iż stworzy im świat, w którym to oni staną się panami i tworzyć będą mogli wszystko, co w ich umysłach się zrodzi. Tak oto powstała Gaia, a panowali nad nią Doromowie. Z początku był to zwykły skrawek twardej skały, lecz gdy dzieci Ojca zstąpiły na jej powierzchnię z przestrzeni nieskończonej, natychmiast do pracy się wzięli. I powstały wysokie góry i łąki zielone widziane w marzeniach Doromów, a Ojciec patrzył na ich radość i wiedział, że to, co czynią było dobre.

Lonar kolejno i ostrożnie przewracał stronnice. Stary pergamin trzeszczał za każdym razem, gdy mężczyzna chwytał kant karty. Kolejny rozdział nosił znaną dla męża nazwę z przeczytanego przed chwilą tekstu.


Gaia


Nie wszyscy spośród Doromów zstąpili na Gaię i wielu z nich pozostało przy swoim Ojcu by z Nim kroczyć przez wieczność i radować jego oblicze swymi dziełami, których nigdy stworzenia Gaii nie ujrzą. Ci jednak, którzy odeszli z nieskończoności, przemienili litą skałę w piękne miejsce do życia dla wszelkiego stworzenia. Każdy, z Doromów miał swój odmienny charakter i co innego cieszyło jego oczy. Ojciec stworzył dla nich kule ognistą, zwaną słońcem by górowała nad nimi dając im światło na dzień oraz by wyznaczała czas cienia, czyli nocy. Jeden z Doromów formował góry wysokie, drugi tworzył morza i oceany, trzeci zaś pustynie jałowe i obszary gdzie nigdy nie zaglądało słońce. Jako że Gaia była wielka, dużo czasu trwało jej formowanie. Wynikały też z tego powodu kłótnie i konflikty, gdyż raz to jeden w tym miejscu tworzył morze, a potem drugi osuszał je na pustynię. Większość jednak pozostała w ładzie powszechnym, ale nie wszystko. Jedynie kilkoro spośród Doromów zostało na stałe zamieszkując Gaię, inni odeszli do Ojca lub poszukiwali swoich światów będąc zaintrygowanymi tym, co zobaczyli na Gaii, a jednak nie dość nasyceni. Ci, którzy pozostali, zaopiekowali się swoją ziemią poświęcając się jej w całości. Późniejsi mieszkańcy nadali im imiona w swych językach czcząc ich jak bogów, pomimo iż tylko nieliczni ich widzieli kiedykolwiek w historii świata. Matką wszelkiego stworzenia była Andara, zrodzona z miłości i dobra. Ona to zasiedliła wszelkimi zwierzętami całą Gaię. Każde stworzenie żyjące w wodzie, powietrzu, na ziemi czy też pod nią, zostało stworzone z myśli Andary. Ona sama w każde stworzenie tchnęła ducha życia. Jej ulubionym tworem były konie i wędrując przez Gaię najczęściej przybierała postać śnieżnobiałej klaczy. Tak też wyobrażały ją sobie ludy Gai.

- Zaraza, pewnie to ona jest odpowiedzialna za te wszystkie sprawki z elfami i ich pięknością - zakpił Lonar odrywając się na chwilę od lektury i strojąc do siebie miny jakby przedrzeźniał się z księgą i pokazywał jej jakie to elfy mają pokraczne twarze.

Ojcem tworów górskich, wszelkich szczytów, wzgórz, wyżyn, kanionów i dolin był Kette, zrodzony z hartu ducha i zapału. Najczęściej pojawiał się w postaci małego człowieczka w fartuchu ze skóry. Kette uwielbiał samotność i odosobnienie. Najczęściej przesiadywał w swej jaskini pracując niczym kowal, tworząc nowe minerały i kruszce, które potem ukrywał w ziemi. Panem wód wszelkich, mórz, oceanów, jezior, strumieni, rzek i potoków był Que, zrodzony z rozwagi i spokoju. On to zalał wielkie połacie skalnej powłoki Gai i utworzył oceany oraz morza. On stworzył źródła górskie by pośród występów skalnych płynęły strumienie dające życie roślinom i zwierzętom. Postaci swej nie miał stałej, on był całą tą wodą i w każdym miejscu był, ciągle płynąc. Niektórzy ponoć widzieli pośród bałwanów jakby twarz mędrca wyłaniającą się z piany morskiej. Ostatnim spośród najpotężniejszych, zamieszkujących Gaię, Doromów, był Venar, zrodzony z męstwa i waleczności. Lecz Venar nie potrafił tworzyć ani realizować swych marzeń, więc z zazdrości zrodziła się w nim nienawiść do wszystkiego, co stworzyli jego bracia i siostra. On nie był twórcą, lecz niszczycielem i tyranem. Znaczną część Gaii zagarnął dla samego siebie, podczas gdy Andara, Kette i Que żyli razem w harmonii, tworząc i dzieląc się po równi razem z innymi Pomniejszymi. Każde stworzenie, które miało w sobie cząstkę dobra, Venar zabijał. Potoki w jego królestwie spływały krwią, a góry spowijały ciemne chmury nie dopuszczając promieni słońca. Ojciec z radością spoglądał na dobre dzieło swych dzieci, lecz z wyrzutem patrzył na poczynania Venara, wyrodnego syna. Mimo wszystko kochał go, tak jak inne swoje dzieci, gdyż on też był jego synem, zrodzonym z niego samego.


Lonar zamknął księgę z trzaskiem i odsunął na krawędź stołu. Wyciągnął się w fotelu i spojrzał zamyślony po bibliotece. Na jego rozum tak wysokie regały, były wręcz nieosiągalne. Nie sposób było sięgnąć najwyższej półki, nie mówiąc już o jeszcze wyższym suficie z malowidłem Powstawania Gaii. Wtem kątem oka dojrzał długą drabinę na kołach i jego wątpliwości, co do regałów, zniknęły natychmiast. Co do sufitu niekoniecznie.

- Zaraza… Jak ja mam tutaj znaleźć to, czego szukam? – rzekł podirytowany. - Nie mogę przecież siedzieć tutaj cały czas. Swoja drogą ciekawe skąd ten Endein znał to wszystko? By to zapisać musiał stąd nigdy nie wychodzić - podniósł się nieco zrzucił na ziemię czerwoną tunikę, na której siedział.

- Psia jucha! Co to ma w ogóle znaczyć?! – rozległ się niski głos zdający się dochodzić ze wszystkich stron. Lonar poderwał się z fotela jak poparzony i niepewnie rozejrzał po sali.

- Kto tu jest? – zapytał.

- Co? Ooo... Gość – spomiędzy regałów wyłoniła się niewyraźna postać. Niematerialna i półprzeźroczysta. – Jak miło, od wieków nikt mnie nie odwiedzał – duch mocniej zaakcentował słowo „wieków” i podsunął się bliżej. Szybował tuż nad podłogą, długa, tunika zakrywała go całego aż po czubki palców. Twarz ducha, zdawała się uśmiechać.

- Kkk... Kim jessssteś? – zapytał drżącym głosem Lonar, stojąc osłupiały przy biurku. Nigdy nie widział ducha, ani tym bardziej nie był przezeń powitany.

- Kolejne pytanie skierowane prędzej do Ciebie, niż mnie. Jestem Endein, odwieczny kronikarz i skryba. Do usług – duch machnął ręką niedbale i czerwona szata zrzucona na ziemię pofrunęła prędko między regały, w niewiadome miejsce.

- Jjj... Jestem Lonar – rzekł nieco pewniej, odzyskując rezon i stwierdzając, iż tyle informacji o nim wystarczy. Wyprostował się i spojrzał głębiej „w” Endeina. – Przecież ty nie żyjesz – stwierdził fakt, choć sam nie był go w tej chwili całkiem pewien.

- Zgadza się – potwierdził oczywisty fakt ze spokojem. - To jasne jak to słońce za oknem – Endein zbliżył się do fotela i pogładził go ręką. Dłoń nie przeniknęła przez materię.

- Więc, czym jesteś? Duchem? Zjawą? Marą? Moim wyobrażeniem?

- Spokojnie, zwolnij, bo zadyszki dostaniesz. Jestem czymś pomiędzy materią, a jej brakiem. Widzisz... Gdy się całe swoje długie jak sznur gwiazd życie spędza w jednym fotelu, ciągle skrobiąc po pergaminie, ciało się zużywa. Władcy tego świata, że tak powiem, poszli mi na rękę. Lubiłem i nadal lubię swoją pracę. Tak więc, kontynuuję ją – duch uśmiechnął się i zasiadł w fotelu wygodnie.

- Poszli Ci na rękę? Zrobili z ciebie... Ducha? Jakim cudem piszesz? Nie rozumiem…

- Nie próbuj, oszalejesz, gdy zrozumiesz plany niebios. To niepojęte dla takich prostych istot jak my. Jak piszę? Ot pokażę Ci. Endein poruszył dłonią, jeden pergaminów sfrunął ze sterty na krawędzi stołu i legł na blacie. Kolejny ruch i jedno z piór na biurku podskoczyło i zamoczyło się w kałamarzu.

- Dziś, odwiedził mnie pewien mężczyzna, - pióro błyskawicznie zaczęło notować każde słowo kronikarza – który przedstawił się jako Lonar. Przybył tu w celu... - Endein zawiesił głos i wzniósł dłoń jakby zabraniając by pióro pisało dalej. – Właśnie, w jakim celu tu przybyłeś? Już widzisz jak pracuję, a i tak jest znacznie łatwiej. Oczywiście można to samo robić i bez wymawiania słów, ale wtedy zabawa nie ma sensu – uśmiechnął się. - Co cię jednak tu sprowadza? Lonarze, synu Kraina i Seleny, młodzieńcze, na co dzień pracujący w karczmie, a wieczorami wykradający się do miejskich i prywatnych bibliotek by studiować księgi i pergaminy. Czego chcesz się dowiedzieć z tego zbioru? Czego nie znalazłeś w wielu innych bibliotekach i tajnych skrytkach? Nie rób takiej zdziwionej miny. Wiem sporo, jak widać. Lonar miał otwarte usta. Plan zachowania informacji o sobie legł w gruzach na całej długości. Już domyślał się że duch wie również o jego…

- Wyjątkowych zdolnościach do otwierania wszelkich zamknięć, zamków, łamania zaklęć zamykających, pieczętujących i ukrywania się w każdym niemal terenie – dokończył myśl Endein. Gdyby mógł, otworzyłby jeszcze szerzej usta. Nie mógł.

- Idealny z ciebie materiał na złodzieja i szpiega – stwierdził duch. – Ale to nie w Twoim stylu, widać to po tobie. Szukasz czegoś, chcesz się czegoś dowiedzieć. Powiedz, nie będę już Ci czytać w myślach. Czasem jest to niezła po prostu zabawa, a widok Twojej zdziwionej twarzy będzie mi jeszcze poprawiać humor przez kilka wieków – zaśmiał się głośno. – Albo póki nie przyjdzie ktoś, kto zrobi śmieszniejszą minę od Twojej. Dopiero teraz się spostrzegł, że ma otwarte usta jakby chciał połknąć smocze jajo w całości. Zamknął usta i nieufnie spojrzał na uśmiechającego się doń Endeina. Lonar odsunął się kawałek od stołu, odwrócił i rozejrzał po sali.

- Szukam pewnej księgi, w której to zapisane są dzieje... - końcówkę zdania wyszeptał już do ucha kronikarza, jakby bojąc się że ktoś go usłyszy.

- Ach tak! Wiedziałem, że to będzie coś ciekawego – ucieszył się duch. – Zatem chodź za mną – Endein ruszył od stołu w stronę jednej ze ścieżek.

Lonar ruszył pewnym krokiem za duchem. Minęli kilka zakrętów, przeszli całkiem spory kawał drogi i znaleźli się po jakby zewnętrznej stronie labiryntu, między regałami a ścianą wieży. Endein kiwnął na Lonara by podszedł ku niemu. Wskazał mu jedną z ksiąg. Była oprawiona w karbowane skóry, ze stalowymi elementami na rogach. Gruba i solidna, zaciążyła na rękach męża, gdy wyciągnął ją z półki na wysokości jego oczu. Prędko oboje wrócili ku ścieżce powrotnej. Lonar nadal, choć tym razem mniej, zaskoczony był gdy od razu znalazł się w środku biblioteki. Złożył upragnioną księgę na stole usuwając wcześniej pergamin poprzednio zapisany przez pióro Endeina. Na gest Kronikarza, który z uśmiechem wskazał mu fotel, zasiadł wygodnie i otworzył na pierwszej stronie. Ciągi znaków w różnych językach, wiły się po całej stronnicy. Na środku, znajdował się większy napis złożony ze złotych liter...

Galimor


Nad całą Gaią czuwali Doromowie. Nie mogli oni jednak skupiać się nad każdą krainą z osobna. Dlatego Andara wykreowała Theolów, zwanych także Pomniejszymi. Razem z Que i Kette obdarowali ich częścią swych umiejętności i mocy tak, żeby byli w stanie zapanować nad mniejszymi krainami. Kette, przemógłszy się pod namowami Andary, uczył nowych przyjaciół tego, co sam umiał oraz oprowadzał ich po nowym świecie. Sama Andara okazywała im wiele ciepła i matczynej opieki ucząc ich jak najwięcej o tym, kim oni sami są oraz opowiadając im o Pierwszym. Mimo iż Go nie widzieli, wiedzieli i byli pewni tego, że On gdzieś tam jest i spogląda z góry na nich. Oni to pierwsi zaczęli wznosić modły do Ojca. Miłość, którą okazała im Andara, potęgowała się teraz w ich sercach. Wielu spośród Pomniejszych zakochało się w ich nowym domu. Wielkie jeziora, nieskończone lasy i niezdobyte przez nikogo szczyty napełniały ich radością. Dlatego też, ludy zamieszkujące później Gaię, nazywały ich Septe, to znaczy Szczęśliwi. Wyróżniali się tym, iż najczęściej wszelkie szaty jakie mieli na sobie, a przybierali zawsze niemal postać ludzi, były koloru czerwieni lub purpury. Galimor był jedną spośród sześciu wielkich krain całej Gaii. Nie był ani największą, ani najmniejszą. Doromowie tworząc go, nie sądzili, że stanie się jednak jedną z najżywotniejszych. Graniczy dwoma innymi krainami. Ondamorem, niemal niezamieszkałym przez nic ani nikogo oraz Soldenorem, mrocznym królestwem Venara, którego potem nazywano Saal, czyli Zły Pan. Galimor był w znacznej części krainą wyżynną, poprzecinaną kilkoma rzekami oraz odgrodzoną od wód oceanu z dwóch stron trzema pasmami gór. W samym sercu krainy Theolowie zasadzili drzewo. Od tego drzewa rozrósł się cały las i zapełnił znaczną część lądu. Z czasem jednak las obumarł przez nieurodzajną ziemię i w środku pozostało jedno tylko to pierwsze drzewo. W kilku innych miejscach pozostały większe skupiska i lasy. Pierwsze drzewo Theolowie nazwali Ab’an Geodenen, czyli Drzewo Początku i Końca. Było wielkie, o pniu grubym tak, że dwudziestu mężczyzn trzymając się za ręce nie mogło go objąć. Miało gęstą koronę z liści w kształcie herbowych tarcz, a złote pączki jego kwiatów wyglądały jak królewskie korony. Ludzie wierzyli, że gdy drzewo to obumrze, nastąpi koniec świata. Pomysłodawcami owego tworu było czterech Theolów i dlatego to pod ich opieką pozostał cały Galimor, aż do końca czasu. To oni dbali o rozwój całej krainy od samego początku, gdy nie było tam jeszcze nic. Dzięki nim bramy stały otworem, a ląd zapełniał się mieszkańcami najróżniejszych ras i wszelkiego pochodzenia. Wiele spośród istot opuszczało nawet rodzinne strony by zamieszkać w Galimorze słysząc o urodzaju tych ziem, nieustannym wydarzeniom oraz rozwojowi wielu różnych zgromadzeń. W miejscu, gdzie stało drzewo Ab’an Geodenen, Theolowie wznieśli miasto, stolicę całej krainy, która stoi po dziś dzień. Nazwali ją Tesmir, Wieczne Miasto. Drzewo Początku i Końca stało na środku dziedzińca w samym centrum stolicy, naprzeciw wrót zamkowych gdzie siedzibę mają nadal śmiertelni zarządcy Galimoru. Tesmir ma wysokie kamienne mury, które nocą w blasku księżyca zdają się lśnić srebrną poświatą. Trzy wielkie bramy, na północ, wschód i południe. Największa jednak jest brama południowa, z traktem wychodzącym na rzekę Khaarę i główną drogę handlową krainy. Na każdym rogu murów wieża z basztami i zbrojnym oddziałem strażników. Z samego środka miasta wznosi się ku niebu najwyższa wieża. Strzeliste zwieńczenie miastowego ratusza, z dzwonem wielkim jak samo drzewo na środku dziedzińca. Dokoła znajduje się jeszcze kilka mniejszych wieżyczek, w większości bibliotek. Ulice jak w każdym mieście, zabłocone i brudne. Jedynie droga od południowej bramy do ratusza wyłożona jest kamieniem. Stolica od samego początku wrzała od zgiełku, jednak za murami swoje sklepy i karczmy mają tylko najmożniejsi, a w karczmach przebywają zaś tylko najbogatsi, bo jak na stolicę przystało, ceny są tam niemałe. W ratuszu znajduje się siedziba władz i zarządców Galimoru. Tutaj zasiadają, dyskutują i wydają polecenia Pomarańczowe Płaszcze. Jak nazwa wskazuje, noszą pomarańczowe płaszcze lub tegoż koloru tuniki, oznakę władzy w Galimorze. Są śmiertelnymi władcami krainy i dbają o porządek w miastach, na traktach, w karczmach i zamtuzach nawet. Są wybierani przez lud, lecz władzę mogą dać im jedynie Theolowie. Bez ich akceptacji nikt nie jest w stanie założyć nawet magicznej pomarańczowej szaty. Nie są jednego rodzaju. Każdy niemal jest innej rasy, bo owa nie ma tu znaczenia. Są tu ludzie, elfy, krasnoludy, magowie, nekromanci, smoki, diablice, barbarzyńcy, boginie a nawet mutanci. Grupa ta włada przede wszystkim nad porządkiem, ale czasem troszczy się o to by ludzie mieli o czym gaworzyć po zajazdach czy też kogo ubić dla sportu i kilku sakiewek złota. Jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Galimorze, nie jest jednak Tesmir, lecz Karczma pod Pijanym Smokiem usytuowana po drugiej stronie rzeki Khaary, nieopodal mostu na niej i lasu Flondon. Do tej oto karczmy, przychodzą niemal wszyscy, którzy lubią siąść wygodnie, zjeść i wypić należycie, a czasem i komuś mordę obić. Gospodarz uważa, że ma zarobki czasem większe niż zajazdy za murami stolicy, choć po samym budynku tego ni krzty nie widać. Popularne w Galimorze było i jest nadal tworzenie zgromadzeń zrzeszających istoty pod jednym sztandarem w jakimś własnym celu. Te zgromadzenia nazywane są popularnie gildiami. Niektóre tylko mają siedzibę w Tesmir. Większość woli zaszyć się gdzieś w lasach, górach czy na bagnach. Z różnych też powodów wybuchają między gildiami wojny. Niemal zawsze żadna ze stron nie dochodzi do swego mimo walk zbrojnych. Najbardziej na tym dawniej cierpiała kraina, pustoszona przez miecze, topory i ogień zażartych walk o władzę i dumę. Każdy miał zawsze swoje wytłumaczenie, lecz to nie goiło żadnych ran. Gdy dwie gildie przestawały już się spierać, inne rzucały się sobie do gardeł. I tak bez końca. Wojny toczyły się na równinach lub w górach, ale obraz bitew oddawało serce Galimoru, drzewo Ab’an Geodenen. Po kilkuset latach od powstania Tesmir i otwarcia bram krainy, drzewo stawało się coraz mizerniejsze. Gubiło szare już liście. Wiele z nich zamiast kształtu tarczy, miało kształt tej samej tylko złamanej w pół. Niedługo potem drzewo umarło. Ci, którzy wierzyli, że wraz ze śmiercią drzewa, nastąpi koniec świata, mieli rację. Poniekąd. Theolowie widząc jak Galimoryjczycy zniszczyli własną krainę, to co oni sami pokochali i razem wznosili, postanowili zakończyć tę farsę. Niebo całe zostało spowite chmurami i nie dopuszczało promieni słońca na powierzchnie ziemi. Liście wszystkich drzew posiniały i opadły jak jeden mąż. Jeden z Theolów stanął przy wielkiej bramie Galimoru. Odgrodził swoją postacią wejście blokując drogę uciekającym i jednym ruchem ręki zmiótł wszystko. Ognisty wiatr przemknął przez całą krainę niszcząc całe życie w jednej chwili. Każdy, świadom lub nie, tego co się dzieje, w mgnieniu oka przestał istnieć. Mury stolicy runęły w dół, Pierwsze Drzewo dotknięte przez płomień wydało z siebie przeraźliwy ryk rozpaczy i bólu. Nikt go jednak nie słyszał. Nikt nie przeżył. Ocaleli tylko Ci, którzy zdołali ujść z granic Galimoru. Nie mieli już czego szukać w tej krainie. Theolów dopadła rozpacz i zrezygnowanie widząc jak nikomu już nie zależało na losie ich dawnego domu. Jednak dwóch śmiałków nie straciło nadziei. Na kilka dni przed zagładą, zerwali z Drzewa Początku i Końca pączek i starannie przechowywali uciekając pędem za bramę Galimoru. Gdy było po wszystkim, zwrócili się do panów krainy i przyjęli na siebie ich zadania. Tak oto do grona trzech Pomniejszych, dołączyło dwóch śmiertelników, zyskali moc równą Theolom i masę pracy. W miejscu, gdzie stało Drzewo Początku i Końca, zasadzili ocalały pączek. Gdy tylko ów dotknął ziemi, życie zaczęło wracać do krainy i rodzić się na nowo. Nowe drzewo nazwano Doboroth, to jest Wieczna Nadzieja. Mały pąk niebawem rozrósł się do rozmiarów jeszcze większych niż jego poprzednik, a wraz z nim życie w całym Galimorze. Dwóch nowych Theolów odbudowało mury Tesmir i zaczęli prace nad dalszą budową krainy. Niedługo potem otwarto bramy Galimoru. Ludność na wieść o tym, zaczęła wracać do starego, nowego domu. Kraina znowu zakwitła jak na początku stworzenia. I wszystko zaczęło się od początku.

Lonar doczytawszy do końca, zamknął księgę z trzaskiem.

- Więc tak, tak to się odbyło... – wydusił z siebie. Na duszy trząsł się jeszcze z przejęcia o tym, co przeczytał. Oddychał szybko i nerwowo spoglądał jeszcze na oprawę księgi.

- Czy znalazłeś odpowiedź na swoje pytania? – zapytał stojący obok przez cały czas duch.

- Tak, znalazłem. Lecz teraz potrzebuję czegoś więcej. Pokaż mi mapy tej krainy, muszę odnaleźć pewne miejsce.

- Ciekawski jesteś, dużo chcesz wiedzieć. Po co, Lonarze? Nie wystarczy Ci to, czego się dowiedziałeś?

- Nie! – warknął gniewnie. – Daj mi mapy! Nie spocznę, póki się nie dowiem.

Endein więcej nie pytał, machnął tylko lekko ręką. Z górnej półki regału po drugiej stronie okrągłego pokoju wyleciał cienki zeszyt i wylądował na stole przed Lonarem. Ten natychmiast odsunął księgę z historią Galimoru na bok i otworzył zeszyt. Nerwowo przekładając karty zatrzymał się w końcu na rozdziale z mapami Galimoru.

Księga Map


WESALIA

Kontynent Wesalii dzieli się na trzy krainy: Ondamor, Soldenor i Galimor.

Ondamor jest krainą obumarłą i jałową niemal. Od wschodniego wybrzeża aż po pasmo gór, rozlega się Pustynia Ciszy, na której prócz piasku i szczątków zbłąkanych podróżnych i zwierząt, nie ma nic. W centralnej części krainy leżą puste niemal Szepczące Szczyty, dawniej zamieszkałe przez krasnoludy, teraz puste i głuche, niemal całe wydrążone prze tych kopaczy. Od zaś gór na zachód rozlegają się Bezimienne Łąki. Jedyne miejsce, gdzie jeszcze coś rośnie. Nielicznie zamieszkałe przez różne poczwary lubujące się w błotach i chaszczach. Ondamor jest połączony z Galimorem wąskim przejściem zwanym Mostem. Jest to naturalna forma skalna, acz wyniesiona sporo nad poziom wód, przez co przypominać może most.

Galimor, największa i najżywotniejsza spośród trzech krain Wesalii. Od Mostu, między wschodnim brzegiem krainy aż po góry Khaaron, rozlega się wielka wyżyna, zwana Wyżyną Karangew. Mniej więcej w centralnej części wyżyny, znajduje się niewielkie jezioro Kvor otoczone kilkoma pagórkami, z którego wypływa rzeczka Todda i biegnie aż do samego południowego brzegu oceanu. Do Toddy dopływa jeszcze Lotta, która ma źródło u zbocza gór Soldenoru. Między wschodnim brzegiem Wyżyny, a zachodnim brzegiem Ondamoru, znajduje się Zatoka Białych Mew. Nie ma tam portu, acz często widać w tamtych terenach łodzie rybackie, ze względu na obfitość ryb, których znaczna ilość ma tam tarło. Na zachodzie Wyżyny Karangew znajduje się przejście do Soldenoru. Nieco na północny zachód rozpoczynają się pasma gór Khaaron, a za nimi Andamaad. Obydwa zamieszkałe przez krasnoludy i napływające tam z Soldenoru plugastwa takie jak gobliny czy orkowie. Ze stawu, pośród gór Khaaron, wypływa strumień, który później rozrasta się w rzekę Odę. Gdzieś pomiędzy zboczami gór Andamaad ma swoje źródło rzeka Anda. Obie spływają ku zachodniemu brzegowi morza Quonde. Na północ od Wyżyny Karangew, a na wschód od gór Khaaron i Andamaad, rozlega się Wielka Równina, zwana też Wielką Równiną Galimoryjską. Na jej południowym krańcu, znajduje się jezioro Almond z odchodzącymi od niego rzekami: na zachód Telmond, a na północ Almond. Od północnego brzegu jeziora Almond, rozlega się aż po rzekę Feran, las Flondon, miejsce zamieszkania większości elfów jakie żyją w Galimorze, graniczący nieopodal z największą rzeką w całej krainie, Lunmirą. Rzeka Feran, dopływa z zachodu do rzeki Khaara wypływającej ze wschodniego zbocza pasma Khaaron. Khaara na północy zaś wpada do Lunmiry i razem z tą, na wschód kierują się ku ujściu w Koralowej Zatoce. W tej zatoce, znajduje się jedyny port na całym kontynencie. Zapełniony większymi i mniejszymi statkami, które to jednak pływają jedynie niedaleko od brzegu. Marynarze boją się spaść za kraniec świata, uważając Wesalię za jedyny ląd w centrum całej Gai. Dalej na północ od rzeki Khaary, znajduje się stolica Galimoru - Tesmir, a w jej centrum na rynku rośnie drzewo Doboroth – Wieczna Nadzieja. Tesmir jest ośrodkiem handlu w całej krainie i to do tego miasta prowadzą wszystkie trakty, którymi przesiana jest Wielka Równina. Powyżej stolicy biegną rzeki Andama oraz Teonda, które obie wpływają do Lunmiry. Lunmira zaś ma swe źródło na samej północy w jeziorze Quon. Owo jezioro znajduje się na wschodnim krańcu Bagien Cienia, spowitych wieczną mgłą. Tam czają się najciemniejsze z istot, które zbiegły spod władzy Venara. Bagna rozlegają się od północnego krańca gór Adnamaad aż po północny brzeg krainy. Najbardziej na wschodzie, za rzeką Lunmirą, znajduje się trzecie pasmo gór – Torodont. One to odgradzają od wschodu ląd od oceanu Membeleg. Spośród szczytów wypływa pojedyncza rzeczka Tora, która wpływa do Lunmiry tuż przy jej delcie. Lunmira, jako rzeka wielka i zasilana przez liczne dopływy, jest wykorzystywana jako środek transportu, zwłaszcza dla tych, którzy zmierzają do portu w Koralowej Zatoce. Flisacy jednak sporo sobie liczą za przewóz, zwłaszcza przez tereny gdzie Almond wpada do Lunmiry, bo tam w gęstych lasach lubią czyhać bandy chętne ubić nierozważnych podróżników.

Soldenor, to dom i królestwo Venara, jednego z Doromów. Zagarnął całą tą krainę dla siebie i stamtąd powoli zatruwa inne krainy wysyłanymi przez siebie piekielnymi stworami. Cały Soldenor jest spowity chmurami, które niemal nie przepuszczają słońca, które to Venar nienawidzi z całego swego czarnego serca. Kraina Venara jest połączona z Galimorem Przesmykiem Zguby. Ponoć kto przezeń przejdzie, nie wraca. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Po zachodniej stronie królują bezlitosne Góry Gniewu, pełne przepaści i ostrych skał oraz usiane całym plugastwem Venara. Od wschodu wiecznie pną się u granicy Galimoru, Góry Strachu. Za przesmykiem rozlega się ogromna Nizina Strachu, na której to końcu, zaczyna się Przylądek Śmierci, z wielką wieżą i siedzibą Venara. Wieża wiecznie spowita jest chmurami i płomieniem. Dochodzą krzyki bólu i strachu torturowanych stworzeń, odkąd tylko wyrodny Dorom usadowił się na tamtych ziemiach.

Lonar zamknął zeszyt z mapami. Chwilę siedział oddychając ciężko.

- Czy już się nasyciłeś chłopcze? – zapytał nagle Endein.

- Powiedzmy – odparł już spokojnie. – Idę stąd duchu. Dziękuję za pomoc. Muszę teraz coś jeszcze zrobić. – rzekł wstając i kierując się w stronę wyjścia.

- Co musisz zrobić? Gdzie cię znowu ciągnie? – zapytał zaskoczony nagłą decyzją Lonara.

- Na Przylądek Śmierci, gdzie znajdę mego brata. Odbiję go z rąk tego czorta!

- Oszalałeś chłopcze! Nikt stamtąd nie wrócił jeszcze!

- Więc będę pierwszym – warknął na odchodne i zatrzasnął za sobą wrota.

Jeszcze przez chwilę niosły się po wieży energicznie stawiane kroki na schodach, potem znów trzaśniecie drzwi. Lonar wyszedł z wieży i począł biec przez równinę. Endein spoglądał za nim przez okno ze spokojem.

- Zapominasz chłopcze, że ja znam wszystkie historie. Znam też twoją, która właśnie się kończy, bo zginiesz. Lecz nim to nastąpi zobaczysz śmierć swego brata, na swych rękach. Mogłeś zmienić przeznaczenie, teraz za późno. A to dopiero początek historii zwanej życiem, bo życie nie kończy się na śmierci – skończył mówić duch. Machnął ręką, a zza regału wyleciała niewielka księga. Duch otworzył na ostatniej stronie, na której zapisane były jego dopiero co wypowiedziane słowa. Stał tak chwilą z księgą na rękach po czym zamknął ją i odrzucił w kąt, jakby już nie miała żadnego znaczenia. Sam rozmył się w powietrzu i zniknął, w bibliotece znowu zapanowała ciemność i brud.

Napisane przez Desthar (Orion)

gfx-left-armGracze online: (24)gfx-right-arm

Airandil Annare, Arcadia, Chupacabra, Czerstwy Wacław, Devil Jin, Dziarski Henk, Esmaella, Froxdont, Koper, Krezus, Levitt, Madness, Nordgar, QrQrior, Reinmar von Glatz, Sathendil, Szelma, Tarius, Tarshish, Tensarioth, Tiudus, Valielaith Firiel, Xeax Xani, Xerox,

gfx-left-armWieści z karczmy:gfx-right-arm

Karczmarz: z nudów rozlał na szynk nieco piwa i paluchem wskazującym zataczał w nim ósemki. co jakiś czas, popadał w zamyślenie, oblizywał paluch bądź dłubał nim w nosie... potem chwile tępym wzrokiem wpatrywał się w drzwi wejściowe i upewniając się że w karczmie nadal nikogo nie ma wracał do swojego zajęcia związanego z palcem i rozlanym piwem...
Karczmarz: - nawet ten cholerny świerszcz nie kwili już tutaj... ech i na co mi przyszło...
Karczmarz: *przechadzał się po pustej karczmie co jakiś czas którąś z drewnianych ław szmatą przecierając i mamrocząc coś do siebie na temat niechlujstwa, warcholstwa i chamstwa. W przerwach w biadoleniu i narzekaniu na brak gości przystawał i wzrok na chwile zatrzymywał na malowidłach które w karczmie wisiały. Zaraz potem jednak wzdychał głęboko i znów krążył po karczmie pomstując na brak gości i złota.*
Grandil (23:51): *Obudził się... Wstał i tak jakby nic się nie wydarzyło wyszedł z karczmy. Była to słuszna decyzja. Przeto faktycznie nic się nie wydarzyło, więc jak inaczej miałby wyjść?*
Grandil (21:43): *Ponieważ nic w karczmie nie absorbowało jego uwagi, siedział spokojnie. Przechodni myśleli, że czuwa z zamkniętymi oczami... Inni mogli sądzić, że właśnie łyka najmocniejszą gorzałkę w całym Galimorze i tak mu daje po gardle, że aż oczy zmrużył... Byli w błędzie... On zasnął...*
Bazyl (20:53): *Wstał, zabrał klucz z kontuaru i udał się na górę, gdzie czekał na niego pokój.*
Grandil (20:51): *Do karczmy wszedł wysoki jegomość w płaszczu. Postura jego wskazywała na to, że pod tkaniną skrywa potężne mięśnie. Jego płaszcz wskazywał na to, że albo lubi drogie rzeczy i chętnie grozi kupcom mieczem by dali mu piękne odzienia, albo matka jego matki była bardzo bogata i gdy umarła zapisała cały majątek swej matce która także umarła zostawiając go swemu dziecku. Choć wielu trudziło się i dumało, która wersja jest prawdziwa, żaden nie miał odwagi by go o to spytać. A odpowiedź zadowoliła by ich. Bowiem płaszcz ten... kupił za własne pieniądze. Skierował się do pustego kąta, nie do szynku, gdyż jak zauważył spoglądając dziś w stronę swej sakiewki, piwa dziś nie wypije, dziewczynki nie wychędorzy... Siadł zatem... i siedział czekając na rozwój wydarzeń w karczmie...*
Bazyl (20:12): -Bywaj zatem! I uważaj na macki czyhające w ciemnościach! * żart czy też prawdziwe ostrzeżenie? A może uwaga? Bazyl uśmiechnął się jeno i zajął się gonadami, które zostawiła Shamaya.*
Amesilli Shamaya (19:59): - I to koniec już? *Zapytała* - Ciekawa historia, bardzo ciekawa, lecz czas na mnie, a w głowie zaczęło już szumieć. *Zerwała się z ławy i zapięła kożuch. Owinęła się starannie szalem futrzanym. Owinęła głowę tak, że tylko ślepia chabrowe było widać. *
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uraczysz mnie jeszcze jakąś opowieścią. *Powiedziała uchyliwszy szal przykrywający usta, uśmiechnęła się jeszcze na pożegnanie. Zakrywszy twarz odwróciła się i poszła w stronę drzwi.*
Karczmarz: - A krócej się nie dało? Tfu nabierajcie częściej. Napijcie się czasem. A nie strzelacie historyjkę długą jak stąd do morza, z prędkością szybkostrzelnego elfa...